niedziela, 14 czerwca 2015

Podążaj Za Strachem

"Nie umiem dodawać liter ani z cyfr układać słów.
Nie jestem androidem i potrafię czuć wszystko.
Nie jest tak samo, świat się zmienił przez rok. Nie chcę wracać, uczę się trwać w asymetrii"
_____________________________________________________________

Możesz ciągle kogoś tłumaczyć. Ciągle usprawiedliwiać, wybaczać.
Możesz przymykać oko na to, że cię rani, ale z czasem przychodzi taki moment - jeden szczegół, który sprawia, że już nie potrafisz. Coś pęka. Pojawia się złość, poczucie żalu i krzywdy. Tak, przecież nigdy nie liczyłeś na wzajemność, na wdzięczność, a mimo wszystko czujesz się zdradzony.
Zdradzony i tak w końcu wybacza. Taka już nasza ludzka logika. Czasami tęsknota za tymi dobrymi chwilami wygrywa. U mnie również ona wygrała i musiałem wybaczyć dziewczynie, która potraktowała mnie po całości przedmiotowo. Mało tego wszystkiego, pogodziłem się z nią.
Tłumaczyłem ją tym, że każdy z nas popełnia błędy. Każdy. 
Odrębną część mojego życia stanowiły jednak ciężkie treningi, na które nie jeden raz również brakowało sił. 
Pubudka!
Szósta rano, Twoja ręka jeszcze nie chwyciła budzika, a głosy w twojej głowie już zaczynają Ci mówić, że jest za wcześnie, za ciemno i zbyt zimno, żeby wyjść z łóżka.
Bolące mięśnie buntują się przeciwko tobie. Udają, że nie słyszą rozkazów mózgu, który każe im się poruszyć.
Legiony głosów w jednomyślnym okrzyku dają ci pozwolenie na wciśnięcie "drzemki" na budziku i odpłynięcie z powrotem do krainy snów. 
Ale ty nie pytasz ich o pozwolenie. Głos, którego zdecydowałeś się słuchać jest głosem przekory.
Głos, który spowodował, że nastawiłeś ten budzik wczoraj. Więc siadaj, postaw stopy na podłodze i nie oglądaj się za siebie. Przed nami zadanie do wykonania.
WITAJ W ŚWIECIE DĄŻENIA DO CELU
Czym jest dzień, jeśli nie cyklem konfliktów pomiędzy prawidłową drogą, a drogą łatwą?
Dziesięć tysięcy strumieni otwiera się przed tobą niczym rzeczna delta. Każdy z nich kusi cię swoim pomyślnym nurtem i brakiem oporów. Rzecz w tym, że ty płyniesz pod prąd. 
Kiedy podejmujesz tą decyzję... kiedy decydujesz się odrzucić to, co wygodne i bezpieczne oraz to, co niektórzy nazywają "zdrowym rozsądkiem", to tylko początek twojej drogi. Od teraz będzie tylko trudniej, więc lepiej upewnij się, że naprawdę tego chcesz. Możliwość rezygnacji zawsze będzie na wyciągnięcie ręki. W gotowości, by zniweczyć twój wysiłek. 
A teraz musisz tylko się podnieść. Ale nie będziesz się kłócił z każdym kolejnym krokiem, musisz podjąć decyzję, czy zrobisz następny. Jesteś już w drodze, ale to nie czas by rozwodzić się nad tym, jak daleko już zaszedłeś. Walczysz z przeciwnikiem, którego nie możesz zobaczyć, ale możesz poczuć jak depcze ci po piętach, czyż nie? Czujesz jego oddech na swoim karku. Wiesz kim on jest?
To TY! Twoje lęki, twoje wątpliwości, twoje kompleksy. Wszystkie zgrupowane razem niczym pluton egzekucyjny. Gotowe, by zmieść cię z powierzchni ziemii. Ale nie trać nadziei. 
Mimo, że nie są łatwe do pokonania, to daleko im do niezwyciężonych. Pamiętaj, dążysz do celu. 
To Battle Royale pomiędzy tobą, a twoim umysłem. Pomiędzy ciałem, a diabełkiem na twoim ramieniu, który wmawia ci, że to tylko gra, że to strata czasu, że twoi przeciwnicy są silniejsi od ciebie. 
Zagłusz te głosy wątpliwości biciem swojego serca. Pamiętaj o co walczysz i nigdy nie zapomnij, że momentum jest okrutną kochanką. Może zmienić wszystko o 180 stopni przy najmniejszej pomyłce. 
Ciągle poszukuje słabego punktu w twojej zbroi. Tej małej rzeczy, na którą zapomniałeś się przygotować. 
Tak długo, jak diabeł tkwi w szczegółach, pozostaje pytanie:
CZY TYLKO NA TYLE CIĘ STAĆ? CZY JESTEŚ PEWNY? 
Gdy odpowiedź brzmi "tak", to znaczy, że zrobiłeś wszystko co mogłeś, by przygotować się na bitwę. Wtedy właśnie jest czas, byś wystąpił na przód i dumnie stawił czoła swojemu wrogowi. Wrogowi wewnątrz ciebie. 
Teraz musisz przenieść tę walkę w teren. W terytorium wroga. Jesteś lwem w stadzie lwów.
Wszyscy polują na tę samą, nieuchwytną zdobycz. Z niepohamowanym głodem, który zdaje się mówić, że zwycięstwo to jedyna rzecz, która może utrzymać cię przy życiu. 
Uwierz więc w głos, który mówi, że możesz biec jeszcze szybciej, możesz rzucić mocniej, a prawa fizyki są dla ciebie zaledwie sugestią.
Zwycięstwa i porażki są jak krople w oceanie, ale wysiłek! Nikt nie ma prawa osądzać wysiłku, bo wysiłek to coś wyłącznie pomiędzy TOBĄ a TOBĄ! 
Jeśli jutra by nie było, co byś dał z siebie dzisiaj? 
Każdy dzień jest nowym dniem. Każdy poranek jest nowym porankiem. Więc teraz musisz iść i pokazać im wszystkim, że jesteś innym stworzeniem.. TERAZ ... niż byłeś pięć minut temu. 
Cokolwiek możesz po sobie zostawić... Zostaw coś po sobie. 
Więc wstawaj - marz, działaj, zwyciężaj.


To, co wynika ze wszystkich przeczytanych stron, wszystkich wielkich zasad, wskazań, porad, planów i szkoleń sprowadza się do jednego.

MUSISZ K.RWA DZIAŁAĆ
A czasem jedynym sposobem, by zacząć działać, to wejście w stan. To pier.olona intensywność
Musisz się wku.wić i stać agresywnym, by wykonać to, co musisz zrobić. Dla siebie samego. 
Powiedz sobie: Jestem najlepszym, jaki kiedykolwiek był. Jestem najlepszy. Jestem najbrutalniejszym, najbezwzględniejszym i najbardziej bezlitosnym mistrzem w historii. Nie ma nikogo, kto mógłby mnie zatrzymać. 
To wredne i obrzydliwe miejsce. Nieważne jak bardzo jesteś twardy, świat rzuci cię na kolana i nie pozwoli wstać, jeśli nie będziesz walczył. 
Ty, ja... nikt nie dokopie ci tak, jak życie. 
Czego ludzie potrzebują, by zacząć? Dlaczego nie zaczynają? Wszyscy znamy odpowiedź - przez strach. 
Możesz żyć swoimi marzeniami, żyć ze swoim lękiem. I uważam, że większość ludzi niestety nie żyje swoimi marzeniami, lecz żyją swoim lękiem. Chcę wam więc zadać pytanie: 
Co jest waszym lękiem? Czego się boicie? Co was przeraża?
Każdy z nas czegoś się boi, prawda? Wszyscy mamy coś, co nas blokuje. I gdy zaczynamy obserwować życie, zauważamy, że powodem, dla którego większość z nas w pełni nie wykorzystuje swojego potencjału, powodem dlaczego większość nie robi tych rzeczy, których naprawdę chcą, jest strach. 
Czy będziesz chciał umrzeć? Tak, to część procesu. Ale to właśnie proces, przez który musisz przejść, by dojść do miejsca, w którym chcesz się znaleźć. Jesteś wystarczająco silny, by tego dokonywać. Jesteś wystarczająco silny! I to twoje życie jest warte całej tej drogi. 
To marzenie, które masz, jakiekolwiek ono jest, czy będzie łatwe, by z marszu tego dokonać? Nie.
Czy dokonasz tego w jedną noc? Nie.
Czy to będzie ciężka walka? Tak. 
Czy będzie czas, w którym będziesz ledwo wiązał koniec z końcem? Tak. To część drogi. 
Czy będzie czas, w którym sam nie będziesz miał pojęcia co dalej robić? Tak. To część drogi. 
Więc co z tym zrobisz?
Wraz z kroczeniem swą drogą, zdajesz sobie sprawę, że twoje marzenia, twoje talenty mają tak wielkie znaczenie... są dla ciebie tak ważne, że twoje pragnienie ich realizacji będzie pozwalało ci pokonywać strach. 
Gdy życie nie może zagrozić ci wizją śmierci, to co jest poza tym? Czym jest wtedy strach?
Większość lęków to nie wybór pomiędzy życiem a śmiercią. To nie tego typu strach, ale przez naszą wyobraźnię, całkowicie przeistaczamy je i dajemy im więcej mocy, niż mają lub zasługują. Pozwalamy, by te lęki rządziły naszym życiem. Jak wielką moc to on ma nade mną? I czy to nie właśnie ja nadaję mu siły? 
Bardzo często dajemy się programować na strach przed czymś. Więc czym, jakimi myślami karmisz swą świadomość? Czym zasilasz swój umysł? Co uniemożliwia ci zrobienie tego kroku naprzód?
I wreszcie, czym usprawiedliwiasz to, że stoisz w miejscu?
Gdzie jest wiara, tam jest droga. Dzięki wierze w siebie, tam gdzie nie ma drogi, ty możesz ją stworzyć. I gdy masz taką świadomość, takiego ducha, nic nie może cie powstrzymać. Nic
Jesteś już gotowy, by wystartować? 
Biegnij! To właśnie twój czas. Twoje kilka minut, które przesądzi o twoim życiu. 
Nie potrzebujesz nikogo, kto powie ci "powodzenia" 
Sam sobie to powiedz.  __________________________________________________________

Rozdział nie na temat mojego życia? Może nie dosłownie, ale jednak na temat. 
Tak właśnie tłumaczyliśmy sobie codziennie, że warto wstać i iść na trening... że warto interesować się nie tylko siedzeniem przy komputerze czy przed telewizorem. 
Chciałem podzielić się z Wami pewną stroną siebie, której jakoś nie miałem okazji Wam ujawnić. Chciałbym Was nią zarazić. 
Żebyście byli tym, kim naprawdę chcecie. Żebyście byli w życiu szczęśliwi, ponieważ każdy z Was na to zasługuje. 







niedziela, 5 kwietnia 2015

Czas Tak Szybko Mija...

Moi drodzy dziś Was zostawiam. Ten dzień nieubłaganie się zbliżał, no cóż...
Chciałem Wam tylko przypomnieć, że taki jeden skur*ysyn bardzo, bardzo mocno Was kocha i nigdy o Was nie zapomni. Choćby przez ten miesiąc to wszystko miało się posypać. Misie Wy jesteście moje i nie zapominajcie o tym :)
Mogę Wam obiecać jedynie tyle, że będę wchodził jak tylko będzie taka możliwość. Niestety za granicą koszty transferu są gigantyczne. 
Możemy też zrobić tak, że przez ten miesiąc jeszcze macie czas, żeby podawać mi swoje numery telefonu, a jak wrócę, to na powitanie będę dzwonił. 
Ponadto pamiętam jeszcze o naszej akcji z kartkami.. tsa, trochę się przedłużyło, jednak nie zapomniałem. Wyślę Wam je, jeśli ponownie napiszecie mi swoje adresy, ponieważ nie jestem pewien, czy nic się nie zmieniło. Może już nie chcecie?
Co do aska, to już chyba każdy z Was wie, będzie Adrian, Wojtek i Emka. A no i mój cudowny Dawiś, który nie przepada za tym portalem, więc nieczęsto go tam zobaczycie. 
Mam nadzieję, że wrócę i zastanę ten ask w takim samym składzie, a przynajmniej nie mniejszym. I nie chodzi mi o to, że macie tam być, pytać i lajkować, no bo nie o to chodzi... nie nie nie
Macie dawać sobie radę, macie być dla siebie wsparciem tak, jak ja jestem dla Was (z tego, co sami mówicie) i pod żadnymi pozorami NIE WOLNO WAM SIĘ PODDAĆ. Macie tu na mnie czekać i za miesiąc wszystko mi opowiedzieć. 
W razie czego na dole podałem Wam skype, na który możecie dzwonić i ewentualnie porozmawiać, jak macie problem. Na GG może będę, może nie. W obecnej chwili nic Wam nie mogę powiedzieć na sto procent, jednak napewno jakoś to się ogarnie i minimalny kontakt będziemy mieli.
Kurcze ale się do Was przywiązałem.. Mam nadzieję, że szybko zleci ten miesiąc,
Nie zapomnę również, że mamy zaplanowane już 4 studniówki i chyba 2 bale gimnazjalne, no nie? ;)
Uciekam już. Kocham Was aniołki 
Wracam 5 maja. Siemanko ♥ 
___________________________________________________________________
skype pod adresem phantom.crew@o2.pl



Macie tu coś, żeby nie było Wam smutno :)










No to kolorowych snów moje perełki kochane ♥ Widzimy się w maju 



wtorek, 24 marca 2015

Jeszcze Sporo Czasu Minie Zanim Złożę Broń

Jestem gotowy? Proszę, powiedz mi, ponieważ sam się już dawno w tym zgubiłem. Jestem gotowy, by to skończyć? Mówienie do samego siebie to chyba moja nowa zdolność.. Może fakt, że tyle razy się nie udawało o czymś świadczy? Może każda nieudana próba znaczy, że to jeszcze nie ten czas. To chwila, w której powinienem się podnieść, prawda? Mam dla kogo. Przynajmniej tak mi się wydaje, że mam. Muszę ignorować niektóre osoby w moim domu, zająć się ważnymi ludźmi i iść przed siebie. Zacząć treningi, nadrobić szkołę, odnowić przyjaźnie. To najwyższy czas. Upadłem. Okej, przyznaję się. Stoczyłem się na samo dno. Alkohol, żyletki, narkotyki i tak w kółko, ale to nie znaczy, że już koniec. Nie, tu jest coś jeszcze do zrobienia. Przecież muszę zostać znanym tancerzem i dojdę do tego wraz ze wsparciem przyjaciół. Czy to się innym podoba, czy też nie.
Powoli do celu. Nikt nie obiecuje, że będzie lekko, lecz nie poddajemy się, moi drodzy.
~
Jejku, jejku, jejkuuuuu miesiąc spóźnienia.. bardzo przepraszam, wcześniej naprawdę nie miałem czasu napisać ani kilku słów. Ostatnio zbyt dużo się dzieje, a przypominam, że przez cały kwiecień mnie nie będzie... kurcze no nie wiem jak Was przepraszać, ponieważ wiem, że czekacie na następne rozdziały.
Postaram się przez święta napisać do przodu i ewentualnie publikować po kawałku, żeby Wam się nie nudziło :)
Jakoś to będzie. A już teraz, korzystając z okazji, chciałbym Wam przypomnieć ile dla mnie znaczycie. Każdy z Was osobno, jak i razem, tworząc DArmię. Bez Was nie dałbym sobie rady. Dalej bym w tym wszystkim tkwił. To Wy zmieniliście moje życie i będę Wam dziękował do samego jego końca. Widzicie jak wilką mamy siłę? Together
Przez kwiecień nie zostaniecie sami, będzie z Wami Adrian, a ja postaram się wchodzić jak tylko będę mógł, jednak niczego nie obiecuję.
Jesteśmy swoją siłą, kochani ♥ Będę mocno tęsknił.. a zostało już niecałe 13 dni razem. Mam nadzieję, że wrócę i będziecie tu w komplecie, moje słodkie aniołki
No to rozdział niebawem, a tymczasem życzę Wam spokojnej nocy i kolorowych snów

sobota, 21 lutego 2015

Każda Twoja Rana, To Też Moja

Tydzień samotności w szpitalu. Nie polecam, serio. 
Jeśli już macie coś zrobić, upewnijcie się, że napewno wam się to uda. Jak nie, konsekwencje mogą być ciężkie. 
Idąc pod prąd w tłumie, niemal niemożliwe jest przeżycie. Walka o normalne życie również. Tym bardziej, gdy jesteś sam przeciwko całemu światu. 
Przyjaciele przychodzili tylko na  krótką chwilę, ponieważ byli na mnie okropnie źli za to, co chciałem zrobić. Za to, że chciałem ich zostawić. Poddałem się mimo obietnic, że będę walczył. 
Przecież nie chciałem. Chciałem żyć i być dla nich. Nie udało mi się pokonać pewnych spraw, które codziennie na nowo mnie męczyły. Właściwie po wyjściu planowałem spełnić marzenie i byłem pewny, że tym razem się uda. Mówiłem o tym otwarcie, więc nie rozumiem po co lekarze tak mnie pilnowali. Po co tracili na mnie czas i leki, które mogłyby pomóc komuś, kto tego bardziej potrzebował. Nie rozumieli tego, że ja i tak to zrobię? Bez względu na ich starania.
Za przyjaciół oddałbym wszystko, mógłbym nie mieć dokąd wracać, byle tylko im było dobrze. 
Nawet oni nie byli już w stanie mnie tu zatrzymać. Nawet dla nich nie miałem sił wstać i dalej walczyć. Pozbieraj się ten ostatni raz mówił głos w moim sercu. Powtarzał to co chwilę. Nie dawał spokoju, bolała mnie od tego głowa praktycznie przez cały czas. Miałem serdecznie dość i bez przerwy myślałem o czymś, co czeka na mnie w domu. O moich malutkich skarbach, dających ukojenie zarówno psychiczne, jak i fizyczne. Minął tydzień, jak ich nie widziałem i bardzo tęskniłem. Nie mogłem ich dotknąć, ale były w moim serduszku, które raniły swoimi ostrzami. Właściwie to one niczego innego nie potrafiły. Umiały jedynie ranić, dając tym samym ucieczkę od całej rzeczywistości. 
Nadszedł czas, by wrócić do nich, do swoich planów i całego tego chorego życia. 
W szpitalu dzień w dzień, bez wyjątków, byłem namawiany do rozmów z psychiatrą, psychologami, a nawet lekarze się w nich bawili i próbowali mi "pomóc" swoim będzie dobrze 
Nie chciałem pomocy od nikogo. Na tym świecie nie było już osób, które mogłyby mi pomóc. Decyzja zapadła. W 100% chciałem stąd odejść. 
Wychodząc, natknąłem się na anioła. Cudowna dziewczyna o delikatnych rysach twarzy, z lekko podkreślonymi czerwienią ustami. Brunetka z czekoladowymi oczami, które od zawsze uwielbiałem. 
Przepuściłem ją w drzwiach, po czym sam opuściłem szpital. Pierwszy raz chciałem tam wrócić i to też zrobiłem. Następnego dnia szukałem jej po całym budynku. Widocznie była tam tylko u kogoś w odwiedzinach. Nie znalazłem jej w środku, ale na zewnątrz owszem. Gdy na mnie spojrzała, uśmiechnęła się równie pięknie, co za pierwszym razem. 
Nigdy nie miałem problemów w zawieraniu nowych znajomości, więc szybko się poznaliśmy. 
Miała na imię Kamila. Mój wiecznie prześladujący pech chciał, że się bardzo spieszyła, więc nie wiedziałem później, czy można się z nią jakkolwiek skontaktować. No cóż, życie.
Musiałem wrócić do szkoły i nadrobić wszystkie zaległości. Pierwszego dnia wstałem z łóżka z okropnym samopoczuciem. Nie wiedziałem po co muszę chodzić do szkoły, skoro i tak nie chcę żyć.
Olśniło mnie, gdy wszedłem na wielki korytarz, w którym ją spotkałem. Więc chodzi do mojej szkoły. Świetnie uśmiechnąłem się do siebie i udałem się na pierwszą lekcję. 
Powoli się poznawaliśmy. Z czasem to ona stała się moją księżniczką, dla której warto było żyć. 
Minął miesiąc naszego związku, więc umówiliśmy się na wieczór. Wyglądała nieziemsko. Nie można było się napatrzeć, a gdy szliśmy ulicą, każdy facet się za nią oglądał. Uśmiechnęła się do jednego. Był mniej więcej w naszym wieku, więc co można było sobie pomyśleć? No kolega. 
Ścisnąłem mocniej jej rękę, by dać dyskretny znak zazdrości. A może to nie była zazdrość, lecz coś w postaci dania do zrozumienia, że jest ze mną i nie powinna zajmować się nikim, oprócz mnie. 
Egoista ze mnie, co? :)
Spędziliśmy piękny wieczór, który jednak musieliśmy skończyć dość szybko, ze względu na szkołę następnego dnia. Okazało się, że czeka nas za kilka dni impreza klasowa. Nie było żadnego problemu, oboje zgodziliśmy się przyjść. Miała to być domówka organizowana przez któregoś z kumpli. Pierwsza klasa szkoły średniej, to jednak już nie zabawa karnawałowa od 16:00 do 19:00. 
Każdy nastawiał się na hektolitry alkoholu. W sumie nie chciałem pić, a wyszło jak zwykle.
Przepraszam, ale kto byłby w stanie pozostać trzeźwym, gdyby idąc na imprezę ze swoją dziewczyną, wyszedł o 6 rano jako singiel? A no właśnie. 
Nigdy nie potrafiłem wybaczyć zdrady. Nigdy. 
Sam się prosiłem. Wiedziałem, że nie mogę już nikomu ufać, a i tak po raz kolejny przywiązałem się do kogoś, kto zranił mnie na tyle mocno, by wrócić do dawnego życia.
Zostałem na noc u kumpla, ponieważ nie byłbym w stanie dojść do domu. Nie podobał mi się ten pomysł, ale on nie chciał mnie wypuścić, więc już trudno. 
Szkołę powoli nadrabiałem. Ponad połowa zaległości była za mną. po czym znów narobiłem burdelu przez nieobecność. Postawiłem na treningi. Ćwiczyłem całymi dniami, aż wieczorem nie padłem na twarz, wracając do domu. Ojciec bez zmian. Cały czas pił i miał wszystko gdzieś. Przynajmniej się nie odzywał, nie narzekał mi za plecami i dawał żyć tak, jak chciałem. Właściwie tak, jak nie chciałem, bo ja wcale nie miałem zamiaru żyć. Jednak jestem tchórzem. Nie potrafię go zakończyć, więc muszę jakoś zapełnić tę pustkę zwaną przez wszystkich ludzi życiem. 
Był rok 2011. Wychodził właśnie film Jana Komasy o tajemniczej nazwie "Sala samobójców". Sam tytuł mnie do niego zachęcał. Namówiłem Dominikę na wyjście do kina na jego premierę. 
Od tamtego czasu miałem swoją nową miłość. Rozumiałem ten film. Wiem, przesłanie jest całkiem inne, ale mnie zależało bardziej na scenach śmierci, ponieważ to właśnie jej chciałem. Przecież i tak wszyscy umrzemy, więc po co się męczyć? Lepiej odejść teraz.
Wieczorami czytałem list, który napisałem przed pierwszą próbą samobójczą. Nieudaną, więc to kolejny powód, by wmówić sobie, iż nawet odebranie sobie życia mi nie wychodzi.
Po długich namowach przyjaciółki, po jej wielu wylanych łzach i po tonach napsutych nerwów, przeprosiłem i zacząłem chodzić na zajęcia. Codziennie rano Dominika mocno trzymała mnie za rękę, a po szkole odporowadzała do domu. Pilnowała mnie i martwiła się jak nikt inny. To z nią pokonałem tę cholerną depresję. Ona wyprowadziła mnie na ostatnią prostą, przed którą puściła moją rękę i kazała iść samemu. Nauczyła mnie funkcjonować normalnie. Jak ludzie wokół mnie. Pokochałem ją inaczej, niż przyjaciółkę i siostrę. Pokochałem ją jako anioła. Jako towarzyszkę życia. To ona dała mi szczęście. Upadałem, a ona mnie podnosiła. I tak w kółko. Nie poddała się do dziś i to kolejna rzecz, za którą jej z całego serducha dziękuję. Tylko ona mi została. 
Zaczęliśmy 2012 rok z nową nadzieją. Z nowymi siłami do walki. Razem z całą moją grupą, z przyjaciółmi, oraz z mamą czuwającą nade mną na każdym kroku.
Rany goiły się, choć potrzebowały na to dość dużo czasu. Pozwoliłem im znikać w swoim tempie. Nie spieszyło mi się, bo przecież miałem dopiero 17 lat. Całe życie przed sobą. 
I chociaż osób pragnących mojej porażki mnożyło się z dnia na dzień, nie przeszło mi nawet przez myśl, że mógłbym po raz kolejny się poddać. Wiem, co stracę i nie odpuszczę. Żadna pomyłka nie wchodziła w grę. Teraz już po prostu musiało być dobrze. 
_____________________________________________________________________________________
     












______________________________________________________________________________________________

Kochani wiem, że ciężko się czyta. Równie ciężko, a nawet jeszcze ciężej się to pisze, jednak bardzo bym Was prosił, żebyście pisali mi cokolwiek na temat ogólnego wyglądu bloga, formy pisania, czy co tam Wam nie będzie pasowało, ponieważ ja piszę to tylko i wyłącznie dla Was i chciałbym, żeby było Wam wygodnie czytać. 
Jeśli ktoś ma propozycje zmiany wyglądu itd. no to wiecie gdzie możecie mnie znaleźć. 
Jak za dużo emocji, albo zbyt dosłownie napisane. Nie odpowiada Wam długość postów czy coś innego. Piszcie cokolwiek, bo naprawdę nie wiem czy jest sens to dalej ciągnąć, skoro Wam się nie będzie podobało 
Przy okazji dziękuję wszystkim, komu chce się to wszystko czytać. Jesteście najlepsi ♥

środa, 11 lutego 2015

Dalej Pójdę Sam

Koniec lekcji, więc czas do domu. Droga zajmowała około 15 minut.
Tego dnia nie było nikogo ciekawego w szkole. Wszyscy chorzy. No cóż, włączyłem muzykę na słuchawkach i szedłem przed siebie. Wybrałem najdłuższą trasę, ponieważ w domu nikt już na mnie nie czekał.
Ojciec? Tsa, był w domu, ale jedyne, na co liczył, to że pójdę mu po piwo albo fajki.
Nie miałem ochoty go oglądać. Było zimno i padał deszcz, a we mnie powoli zaczynało się gotować. 
Idąc, nie widziałem prawie niczego, przez wiatr i.... nie zauważyłem, kiedy przeszedłem na czerwonym przez pasy. Słyszałem tylko, jak kierowcy dawali po hamulcach i błagałem, by któryś w końcu we mnie uderzył. Jednak patrzyłem tylko w dół, na drogę. Z zaciągniętym na głowę kapturem i tak niewiele widziałem wokoło. Jedne światła, drugie, trzecie, a po nich drzwi do mieszkania.
dzisiejszy dzień, to jeszcze nie ten, którego oczekuję - pomyślałem, wchodząc do korytarza, z którego już go widziałem. W identycznym stanie, jak wczoraj, miesiąc temu, pół roku, a nawet kilka lat wstecz. Po śmierci mamy nie odzywaliśmy się do siebie ani słowem. Z bólem serca minąłem go i poszedłem do siebie, cichutko zamykając drzwi. Otworzyłem okno i odpaliłem papierosa.
Podniosłem z podłogi żyletkę, która widocznie spadła mi w nocy. Trzymałem ją w rękach przez chwilę, myśląc o ukojeniu. 
nie teraz! stłumiłem emocje w sobie na jeszcze kilka godzin. Przyjaciółka była chora. Byłem w obowiązku iść, zapytać o zdrowie i posiedzieć chwilę, trzymając za rękę.
Z trudem zebrałem się w sobie i wyszedłem.
Wracając po godzinie, moje nogi ledwo utrzymywały ciężar ciała, więc tylko lekko uchyliłem drzwi.
Ojciec rozmawiał przez telefon. O ile ten okropny bełkot można nazwać rozmową. Nie chciałem słuchać, lecz zanim zdążyłem opuścić salon, usłyszałem, jak mówił komuś "to przez dawida straciłem syna i żonę". Tak, wiem. Czuję się winny, ale akurat on nie musiał tego mówić. I to jeszcze nie wiadomo komu. Nie wytrzymałem.
Ojciec stał tyłem, więc wyrwałem mu telefon, rzuciłem nim o ziemię, a kiedy odwrócił się twarzą w moją stronę, z całej siły złapałem jego rękę, którą zdążył już na mnie podnieść.
Nie tym razem powiedziałem do siebie w duchu. Ostatkiem sił pchnąłem ojca w stronę stojącej w rogu kanapy. Usiadł, a zanim zdążył połączyć wątki i zrozumieć co się stało, zdążyłem zatrzasnąć drzwi, w które niedawno z powrotem wstawiłem zamki. Minuta po minucie robiło się gorzej. 
Znowu uciekam. Znowu pomaga mi tylko jedno. Żyletka i fajki, to już mój niezmienny zestaw na kolację. Czasami zdarzała się jeszcze herbata. Zimna, ponieważ zawsze zapominałem, że ją zrobiłem. Z resztą, i tak nie miało to większego znaczenia.
Zrobiło się całkiem ciemno. Powoli zawlokłem się do łazienki. Postałem kilka minut nad umywalką, gładząc rany i czyszcząc je wodą. Później wszedłem pod prysznic. Stałem tak, wpatrzony w jeden punkt, aż woda stała się całkiem zimna. Tak szczerze powiedziawszy, to najgorszy aspekt cięcia się. Umyć to trzeba, ale jak, skoro rany się tak drażnią i pieką? Wstajesz rano z dłonią we krwi, ciężko się ruszyć, żeby nie poczuć swojej głupiej bezsilności. Masz dość, ale i tak nadal to robisz. Zdajesz sobie sprawę, jak bardzo jesteś uzależniony, jednak nie ma już odwrotu. Brniesz w to cholerstwo jeszcze głębiej z nadzieją, iż dotrzesz do końca. Końca, który będzie ukojeniem. 
Tak naprawdę nie wiesz, czego szukasz. Przecież nie chcesz odebrać sobie życia. 
A może jednak chcesz? oczywiście, że chcę! Niczego innego równie bardzo nie pragnę 
Wróciłem do siebie, wyciągnąłem z szafy butelkę wódki, zawiniętą w koszulę, żeby Domi jej nie znalazła. Z biórka zgarnąłem fajki i kilka żyletek. Wsadziłem do kieszeni garść tabletek nasennych i z tym wszystkim wyszedłem we wdychające nocne powietrze miasto. Zadzwoniłem jeszcze po drodze do mojej chorej przyjaciółki. Załamanym głosem powiedziałem, że bardzo ją kocham, po czym się rozłączyłem.
Idąc przed siebie, brałem po kolei po parę tabsów, popijając je wódką, która wtedy wyjątkowo wchodziła mi jak woda.
Szedłem tak, aż całkiem straciłem nad sobą kontrolę. Pamiętam jeszcze most, przez który jakimś cudem udało mi się przejść, a po drodze wyrzuciłem pustą butelkę za barierki. Mój stan znacznie się pogorszył. Tracąc przytomność, błagałem o śmierć 
________________________________________________________________________________

wtorek, 27 stycznia 2015

Liczę Na Ciebie, Że Zostaniesz Ze Mną

Ty masz szczęście, że nie mam broni, bo bym ci kur.a zapier.olił! Tak, tak, tak słyszałem to miliony razy. Nic szczególnego. W sumie byłoby nawet lepiej
Otwieram okno i patrzę nocą na Wrocław. Uśpiony i spokojny. Nikt spoza miasta, odwiedzający nas tu jedynie w dziennych godzinach, nie pomyślałby jak tu może być cicho podczas nocy. 
Sam się dziwię, że jest aż tak pięknie.
W świetle księżyca widziałem prawie wszystko. Rysowałem po własnym ciele, robiąc z rąk pamiętnik, którego litery rozumiałem tylko i wyłącznie ja. Nikt poza mną nie domyślał się, co może oznaczać każda z blizn. Lubiłem dotykać gojące się rany. Uwielbiałem to. Czułem się wtedy lepiej. Przez cały dzień emocje buzowały się we mnie, by wieczorem wybuchnąć. Wypłynąć wraz z krwią. 
Każdej kropli pozwalałem spłynąć w swoim tempie. Zawsze. Uważałem, że nie powinienem ich wycierać. To tak, jakby zatrzymać wodę płynącą do krajów ubogich, które potrzebują jej niczym zapalniczka ognia. Kropla krwi spłynęła - część złych emocji opuściło moje serducho. Tak, teraz jest zdecydowanie lepiej. Zmęczony smutkiem próbowałem zapomnieć o wszystkim i zacząć żyć normalnie. Udało się? nie 
Serce pękało w pół, a ja za nic nie mogłem tego pokonać. To jak amfa. Uzależniająca, ale dająca ukojenie. 
Dni były ciężkie. Zwłaszcza te po nieprzespanej nocy. Nie znosiłem głupich pytań o to, co się stało. 
Nikt nie miał zamiaru mieszać się w moje sprawy. Każdy zwyczajnie był ciekawy, a gdyby już się dowiedział, dałby mi spokój. Tak po prostu. Ludzie są zwyczajnie ciekawi.
Dominika też już zrezygnowała. Przynajmniej tak mi się wydawało, jednak zaskoczyła mnie razem z moją mamą. 
Nie chciałem niczyjego towarzystwa. Wracałem po szkole i zamykałem pokój na dwa zamki. Kochałem samotność, jednak nie mogłem być sam. Mama z Domi postanowiły usunąć całkiem moje drzwi, a ja nie miałem siły na szarpanie się z nimi, by wstawić je ponownie. 
Niech sobie siedzą myślałem. I tak nic nie robiłem całymi dniami.
Któregoś razu mama usiadła u mnie na łóżku. Nie mówiła nic, a ja nawet na nią nie patrzyłem. 
Stałem przy oknie przyglądając się zabieganemu światu. W końcu powiedziałem jej jedynie chyba umieram w sobie, a ona podeszła do mnie i mocno przytuliła. Staliśmy tak przez kilka minut, które wtedy wydawały się być wiecznością. Czułem się bezpiecznie. Pierwszy raz w życiu poznałem uczucie bycia kochanym. Po chwili rozluźniła uścisk i wyszła bez słowa, by wrócić, wziąć mnie za rękę i poprowadzić do stolika. Usiadłem na krześle, a ona wzięła moją lewą rękę i opatrzyła ją ze łzami w oczach. 
- Rozumiesz mnie, prawda? - spytałem, gdy skończyła. Nocami myślałem, że już gorzej czuć się nie mogę.. gdy zobaczyłem, że ona przeze mnie płakała, miałem wrażenie, że ktoś podnosi mnie delikatnie na kilka metrów, a gdy uzna, że wysokość jest wystarczająco dobra, puszcza z powrotem na dno ze zdwojoną siłą. 
Raniłem własną matkę swoim zachowaniem. Może i miałem powody, jednak nic mnie nie usprawiedliwia. NIC 
- Kocham cię, mamo - powiedziałem ledwo słyszalnym głosem, a ona ponownie przyciągnęła mnie do siebie. Powiedziała wtedy, że jestem jej jedynym szczęściem. 
To była nasza ostatnia rozmowa. Tego dnia postanowiłem definitywnie z tym skończyć. Chciałem wyjść z tego cholernego dołka dla niej, a zacząłem ciąć się jeszcze mocniej. Nie miałem już dla kogo żyć. 
Czekasz, aż ktoś przyjdzie i powie, że zostanie przy tobie, aż w końcu ta osoba się zjawia. Znasz to? Nie? Ja też. 
Tłum krzyczy, a ty milczysz. Patrzysz na wszystkich wokół i nie widzisz w nich ludzi, a jedynie istoty żyjące.
"Chcesz, to ci opowiem jak upada człowiek."
Zapytasz jak żyć i jak podnieść się z kolan?
Tak, wiem, że szukasz sposobu, lecz nie znajdziesz go we własnych ranach. Nie znajdziesz go w robieniu krzywdy sobie i bliskim ci osobom.
By z tego wyjść, musisz znaleźć coś, co uświadomi cię o własnej wartości, którą masz ogromną. Nie zamykaj się w sobie. Rozmawiaj z ludźmi. Słuchaj uważnie, lecz miej swoje zdanie w każdej sprawie. Nie daj sobie wmówić, że nie możesz czegoś osiągnąć. Rób wszystko, co uważasz za stosowne i nie dawaj sobą kierować.
A przede wszystkim ufaj własnym rodzicom. Nie masz na świece nikogo, kto by bardziej pragnął twojego szczęścia.
Może wydaje ci się teraz, że piszę głupoty.. co ja o tobie wiem bla bla.. mimo wszystko warto spróbować, prawda?
Nie jesteśmy tak bardzo samotni, jak nam się wydaje. Mam nadzieję, że nigdy nie poznacie, co to znaczy uzależnienie.
Jestem z każdym z was, pamiętajcie. Całym serduszkiem.
Przy okazji dziękuję za tak wielkie wsparcie, jakim jesteście
____________________________________________________________________________________
"Bo wtedy wiem, że Ty jesteś no i nie robię tego"

 

                                       

                                                                                                                                             











sobota, 17 stycznia 2015

Samotność Wśród Ludzi

"Miał plany [...] i ego tak wielkie, że przyznać się do porażki byłoby przekleństwem" 
No właśnie... więc nic nie mówiłem. To mnie niszczyło. Zabijały mnie uczucia, które wciąż dusiłem w sobie. Tłumiłem każdy krzyk, nie pozwalając nikomu poznać, że coś jest nie tak. 
"To jest walka" tłumaczyłem sobie, by za wszelką cenę poradzić sobie sam ze sobą. Nie potrzebowałem pomocy od nikogo. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.
po raz kolejny tak bardzo się myliłem
Potrzebowałem tej pomocy najbardziej. Teraz, w tej chwili. Teraz, gdy upadam i nie dam rady sam wstać. I don't want to play this game no more ale czy ktoś mnie o to pyta? - NIE 
Więc musiałem wstać i pokazać wszystkim, że to nie koniec. Starałem się, lecz myśl o świętach Bożego Narodzenia, całej rodzinie w jednym pokoju i o tej sztucznej atmosferze, jeszcze bardziej ciągnęła mnie na dno. Zbliżał się czas "radości" (czyt. sztucznego uśmiechu), czas wybaczania i bycia miłym dla wszystkich, bo przecież jest święto... 
Nienawidziłem tych dni chyba najbardziej ze wszyctkich w roku, no ale co zrobić. Jakoś trzeba było to przetrwać. Nie spodziewałem się tylko, że na długo zapamiętam tegoroczne Boże Narodzenie.
Siedzieliśmy przy stole, a rękawy mojej koszuli lekko się podwinęły. Nie zauważyłem tego, za to ojciec tak. Złapał mnie mocno za pocięty nadgarstek i pociągnął za sobą do kuchni, jak niewolnika wrzucanego do lochu. Bez litości. Miałem wtedy 16 lat, może trochę więcej. Nie miałem siły się sprzeciwiać, dlatego ojciec robił ze mną co tylko chciał. Dosłownie. 
Nasza kuchnia była tak zbudowana, że w salonie, gdzie znajdowała się właśnie reszta rodziny, było ją widać prawie w całości. 
"Tatuś" krzyczał na mnie najgłośniej, jak potrafił. Myślał, że to mu coś da... naiwny. 
Gdy zapytał dlaczego to robię, powiedziałem szczerze. Nie ukrywałem niczego.
- To wszystko twoja wina. Nienawidzę cię - darłem się jak psychopata. Chciałem wyjść. Musiałem. Już miałem zostawić go samego, gdy mocno złapał mnie od tyłu, po czym położył na podłodze i doprowadził do niemal krytycznego stanu.
Kiedyś, gdy zobaczyłem, że dusił Wojtka, a ja chciałem pomóc bratu, chwycił za szklankę, rozbił ją na blacie kuchennym, a następnie z siłą rzucił odłamkiem szkła w moją twarz. Przeżyłem to jakoś, okej. Jednak teraz już naprawdę przegiął. 
Po tym, co Wojtek przez niego zrobił. Po tym, jak mama załamała się z jego winy i po tym, w jakim stanie byłem ja sam, nie chciałem dać za wygraną. 
To niemożliwe, żeby jeden głupi człowiek kompletnie zniszczył tyle osób. Niemożliwe - mówiłem wieczorami sam do siebie. 
Teraz mijała druga godzina, jak leżałem nieprzytomny na podłodze w kuchni. To wszystko nie byłoby takie przykre, gdyby nie fakt, że ktoś z rodziny musiał widzieć, co się stało. A jeśli nie, to przynajmniej powinni się zorientować, że nie ma mnie już ponad dwie godziny. Tymczasem udało mi się przebudzić, zebrać z tej cholernej podłogi i natychmiast wyjść z domu. 
Nie zdążyłem się ubrać, więc byłem jedynie w koszuli. Trochę zimno, ale lepiej tu, niż w domu. Szedłem pustą ulicą. W końcu Wigilia, ale żeby zupełnie nie było widać żywej duszy? Może to i lepiej. 
Przed siebie - tylko tyle mogę powedzieć o moim celu. Zwyczajnie wyszedłem się przejść... na całą noc 
Wróciłem chwilę przed 5 rano, żeby wziąć kilka rzeczy z pokoju i zaraz znowu opuściłem ten chory dom. Wiedziałem, że nikogo nie obchodzi to, czy jestem, czy też nie. Wybrałem drugą opcję i nie było mnie przez całe 2 dni. Wracając po świętach, spotkałem tylko zapłakaną mamę, która siedziała przy stole, wpatrując się w okno. Gdy usłyszała otwierające się drzwi, spojrzała na mnie z lekkim uśmechem. W jej oczach widziałem ulgę, lecz nie chciałem rozmawiać nawet z nią. Nie była wtedy wyjątkiem! Również nie zauważyła mojej nieobecności. Może i to było egoistyczne, ale trudno. 
Nie jestem maszyną i uwaga... halo halo, mam uczucia, proszę państwa. 
Robiło się coraz gorzej. Przez to całe zajście tym bardziej nie skończyłem się ranić. Wręcz przeciwnie. Nie było dnia, żebym bez tego wytrzymał. To coś, jak lek. Uzależniający i okrutny, ale lek. Nienawidziłem ludzi jeszcze bardziej, o ile tak się wtedy dało. 
Nie chciałem żyć. Przez kilka lat zwyczajnie istniałem. Dla przyjaciół, dla mamy.. po prostu byłem, nie czując nic. Nauczyłem się olewać wszystko i wszystkich. Nie znosiłem rozmawiać z innymi. Często mówiłem sam do siebie. Izolowałem ze swojego życia dosłownie każdego. Nawet przyjaciół, których i tak już zostało dwoje. 
Wpadałem w sidła depresji, nie chcąc się z nich uwalniać. Nie walczyłem, a we mnie wygasł już nawet najmniejszy płomyk nadziei. Pragnąłem tylko jednego, a żyletki przestały mi pomagać. 
Byłem wykończony zarówno psychicznie, jak i fizycznie.
- To już koniec - o ile spałem, budziłem się i zasypiałem z tą myślą
to jeszcze nie koniec! - życie śmiało mi się prosto w wiecznie nieobecne oczy. 
Dominika siedziała ze mną tak długo, ile tylko mogła. Wracała po szkole prosto do mnie, u mnie się uczyła. Tylko po to, żeby mnie pilnować. W mojej głowie widniał już tylko jeden cel. 
BANG!