sobota, 21 lutego 2015

Każda Twoja Rana, To Też Moja

Tydzień samotności w szpitalu. Nie polecam, serio. 
Jeśli już macie coś zrobić, upewnijcie się, że napewno wam się to uda. Jak nie, konsekwencje mogą być ciężkie. 
Idąc pod prąd w tłumie, niemal niemożliwe jest przeżycie. Walka o normalne życie również. Tym bardziej, gdy jesteś sam przeciwko całemu światu. 
Przyjaciele przychodzili tylko na  krótką chwilę, ponieważ byli na mnie okropnie źli za to, co chciałem zrobić. Za to, że chciałem ich zostawić. Poddałem się mimo obietnic, że będę walczył. 
Przecież nie chciałem. Chciałem żyć i być dla nich. Nie udało mi się pokonać pewnych spraw, które codziennie na nowo mnie męczyły. Właściwie po wyjściu planowałem spełnić marzenie i byłem pewny, że tym razem się uda. Mówiłem o tym otwarcie, więc nie rozumiem po co lekarze tak mnie pilnowali. Po co tracili na mnie czas i leki, które mogłyby pomóc komuś, kto tego bardziej potrzebował. Nie rozumieli tego, że ja i tak to zrobię? Bez względu na ich starania.
Za przyjaciół oddałbym wszystko, mógłbym nie mieć dokąd wracać, byle tylko im było dobrze. 
Nawet oni nie byli już w stanie mnie tu zatrzymać. Nawet dla nich nie miałem sił wstać i dalej walczyć. Pozbieraj się ten ostatni raz mówił głos w moim sercu. Powtarzał to co chwilę. Nie dawał spokoju, bolała mnie od tego głowa praktycznie przez cały czas. Miałem serdecznie dość i bez przerwy myślałem o czymś, co czeka na mnie w domu. O moich malutkich skarbach, dających ukojenie zarówno psychiczne, jak i fizyczne. Minął tydzień, jak ich nie widziałem i bardzo tęskniłem. Nie mogłem ich dotknąć, ale były w moim serduszku, które raniły swoimi ostrzami. Właściwie to one niczego innego nie potrafiły. Umiały jedynie ranić, dając tym samym ucieczkę od całej rzeczywistości. 
Nadszedł czas, by wrócić do nich, do swoich planów i całego tego chorego życia. 
W szpitalu dzień w dzień, bez wyjątków, byłem namawiany do rozmów z psychiatrą, psychologami, a nawet lekarze się w nich bawili i próbowali mi "pomóc" swoim będzie dobrze 
Nie chciałem pomocy od nikogo. Na tym świecie nie było już osób, które mogłyby mi pomóc. Decyzja zapadła. W 100% chciałem stąd odejść. 
Wychodząc, natknąłem się na anioła. Cudowna dziewczyna o delikatnych rysach twarzy, z lekko podkreślonymi czerwienią ustami. Brunetka z czekoladowymi oczami, które od zawsze uwielbiałem. 
Przepuściłem ją w drzwiach, po czym sam opuściłem szpital. Pierwszy raz chciałem tam wrócić i to też zrobiłem. Następnego dnia szukałem jej po całym budynku. Widocznie była tam tylko u kogoś w odwiedzinach. Nie znalazłem jej w środku, ale na zewnątrz owszem. Gdy na mnie spojrzała, uśmiechnęła się równie pięknie, co za pierwszym razem. 
Nigdy nie miałem problemów w zawieraniu nowych znajomości, więc szybko się poznaliśmy. 
Miała na imię Kamila. Mój wiecznie prześladujący pech chciał, że się bardzo spieszyła, więc nie wiedziałem później, czy można się z nią jakkolwiek skontaktować. No cóż, życie.
Musiałem wrócić do szkoły i nadrobić wszystkie zaległości. Pierwszego dnia wstałem z łóżka z okropnym samopoczuciem. Nie wiedziałem po co muszę chodzić do szkoły, skoro i tak nie chcę żyć.
Olśniło mnie, gdy wszedłem na wielki korytarz, w którym ją spotkałem. Więc chodzi do mojej szkoły. Świetnie uśmiechnąłem się do siebie i udałem się na pierwszą lekcję. 
Powoli się poznawaliśmy. Z czasem to ona stała się moją księżniczką, dla której warto było żyć. 
Minął miesiąc naszego związku, więc umówiliśmy się na wieczór. Wyglądała nieziemsko. Nie można było się napatrzeć, a gdy szliśmy ulicą, każdy facet się za nią oglądał. Uśmiechnęła się do jednego. Był mniej więcej w naszym wieku, więc co można było sobie pomyśleć? No kolega. 
Ścisnąłem mocniej jej rękę, by dać dyskretny znak zazdrości. A może to nie była zazdrość, lecz coś w postaci dania do zrozumienia, że jest ze mną i nie powinna zajmować się nikim, oprócz mnie. 
Egoista ze mnie, co? :)
Spędziliśmy piękny wieczór, który jednak musieliśmy skończyć dość szybko, ze względu na szkołę następnego dnia. Okazało się, że czeka nas za kilka dni impreza klasowa. Nie było żadnego problemu, oboje zgodziliśmy się przyjść. Miała to być domówka organizowana przez któregoś z kumpli. Pierwsza klasa szkoły średniej, to jednak już nie zabawa karnawałowa od 16:00 do 19:00. 
Każdy nastawiał się na hektolitry alkoholu. W sumie nie chciałem pić, a wyszło jak zwykle.
Przepraszam, ale kto byłby w stanie pozostać trzeźwym, gdyby idąc na imprezę ze swoją dziewczyną, wyszedł o 6 rano jako singiel? A no właśnie. 
Nigdy nie potrafiłem wybaczyć zdrady. Nigdy. 
Sam się prosiłem. Wiedziałem, że nie mogę już nikomu ufać, a i tak po raz kolejny przywiązałem się do kogoś, kto zranił mnie na tyle mocno, by wrócić do dawnego życia.
Zostałem na noc u kumpla, ponieważ nie byłbym w stanie dojść do domu. Nie podobał mi się ten pomysł, ale on nie chciał mnie wypuścić, więc już trudno. 
Szkołę powoli nadrabiałem. Ponad połowa zaległości była za mną. po czym znów narobiłem burdelu przez nieobecność. Postawiłem na treningi. Ćwiczyłem całymi dniami, aż wieczorem nie padłem na twarz, wracając do domu. Ojciec bez zmian. Cały czas pił i miał wszystko gdzieś. Przynajmniej się nie odzywał, nie narzekał mi za plecami i dawał żyć tak, jak chciałem. Właściwie tak, jak nie chciałem, bo ja wcale nie miałem zamiaru żyć. Jednak jestem tchórzem. Nie potrafię go zakończyć, więc muszę jakoś zapełnić tę pustkę zwaną przez wszystkich ludzi życiem. 
Był rok 2011. Wychodził właśnie film Jana Komasy o tajemniczej nazwie "Sala samobójców". Sam tytuł mnie do niego zachęcał. Namówiłem Dominikę na wyjście do kina na jego premierę. 
Od tamtego czasu miałem swoją nową miłość. Rozumiałem ten film. Wiem, przesłanie jest całkiem inne, ale mnie zależało bardziej na scenach śmierci, ponieważ to właśnie jej chciałem. Przecież i tak wszyscy umrzemy, więc po co się męczyć? Lepiej odejść teraz.
Wieczorami czytałem list, który napisałem przed pierwszą próbą samobójczą. Nieudaną, więc to kolejny powód, by wmówić sobie, iż nawet odebranie sobie życia mi nie wychodzi.
Po długich namowach przyjaciółki, po jej wielu wylanych łzach i po tonach napsutych nerwów, przeprosiłem i zacząłem chodzić na zajęcia. Codziennie rano Dominika mocno trzymała mnie za rękę, a po szkole odporowadzała do domu. Pilnowała mnie i martwiła się jak nikt inny. To z nią pokonałem tę cholerną depresję. Ona wyprowadziła mnie na ostatnią prostą, przed którą puściła moją rękę i kazała iść samemu. Nauczyła mnie funkcjonować normalnie. Jak ludzie wokół mnie. Pokochałem ją inaczej, niż przyjaciółkę i siostrę. Pokochałem ją jako anioła. Jako towarzyszkę życia. To ona dała mi szczęście. Upadałem, a ona mnie podnosiła. I tak w kółko. Nie poddała się do dziś i to kolejna rzecz, za którą jej z całego serducha dziękuję. Tylko ona mi została. 
Zaczęliśmy 2012 rok z nową nadzieją. Z nowymi siłami do walki. Razem z całą moją grupą, z przyjaciółmi, oraz z mamą czuwającą nade mną na każdym kroku.
Rany goiły się, choć potrzebowały na to dość dużo czasu. Pozwoliłem im znikać w swoim tempie. Nie spieszyło mi się, bo przecież miałem dopiero 17 lat. Całe życie przed sobą. 
I chociaż osób pragnących mojej porażki mnożyło się z dnia na dzień, nie przeszło mi nawet przez myśl, że mógłbym po raz kolejny się poddać. Wiem, co stracę i nie odpuszczę. Żadna pomyłka nie wchodziła w grę. Teraz już po prostu musiało być dobrze. 
_____________________________________________________________________________________
     












______________________________________________________________________________________________

Kochani wiem, że ciężko się czyta. Równie ciężko, a nawet jeszcze ciężej się to pisze, jednak bardzo bym Was prosił, żebyście pisali mi cokolwiek na temat ogólnego wyglądu bloga, formy pisania, czy co tam Wam nie będzie pasowało, ponieważ ja piszę to tylko i wyłącznie dla Was i chciałbym, żeby było Wam wygodnie czytać. 
Jeśli ktoś ma propozycje zmiany wyglądu itd. no to wiecie gdzie możecie mnie znaleźć. 
Jak za dużo emocji, albo zbyt dosłownie napisane. Nie odpowiada Wam długość postów czy coś innego. Piszcie cokolwiek, bo naprawdę nie wiem czy jest sens to dalej ciągnąć, skoro Wam się nie będzie podobało 
Przy okazji dziękuję wszystkim, komu chce się to wszystko czytać. Jesteście najlepsi ♥

środa, 11 lutego 2015

Dalej Pójdę Sam

Koniec lekcji, więc czas do domu. Droga zajmowała około 15 minut.
Tego dnia nie było nikogo ciekawego w szkole. Wszyscy chorzy. No cóż, włączyłem muzykę na słuchawkach i szedłem przed siebie. Wybrałem najdłuższą trasę, ponieważ w domu nikt już na mnie nie czekał.
Ojciec? Tsa, był w domu, ale jedyne, na co liczył, to że pójdę mu po piwo albo fajki.
Nie miałem ochoty go oglądać. Było zimno i padał deszcz, a we mnie powoli zaczynało się gotować. 
Idąc, nie widziałem prawie niczego, przez wiatr i.... nie zauważyłem, kiedy przeszedłem na czerwonym przez pasy. Słyszałem tylko, jak kierowcy dawali po hamulcach i błagałem, by któryś w końcu we mnie uderzył. Jednak patrzyłem tylko w dół, na drogę. Z zaciągniętym na głowę kapturem i tak niewiele widziałem wokoło. Jedne światła, drugie, trzecie, a po nich drzwi do mieszkania.
dzisiejszy dzień, to jeszcze nie ten, którego oczekuję - pomyślałem, wchodząc do korytarza, z którego już go widziałem. W identycznym stanie, jak wczoraj, miesiąc temu, pół roku, a nawet kilka lat wstecz. Po śmierci mamy nie odzywaliśmy się do siebie ani słowem. Z bólem serca minąłem go i poszedłem do siebie, cichutko zamykając drzwi. Otworzyłem okno i odpaliłem papierosa.
Podniosłem z podłogi żyletkę, która widocznie spadła mi w nocy. Trzymałem ją w rękach przez chwilę, myśląc o ukojeniu. 
nie teraz! stłumiłem emocje w sobie na jeszcze kilka godzin. Przyjaciółka była chora. Byłem w obowiązku iść, zapytać o zdrowie i posiedzieć chwilę, trzymając za rękę.
Z trudem zebrałem się w sobie i wyszedłem.
Wracając po godzinie, moje nogi ledwo utrzymywały ciężar ciała, więc tylko lekko uchyliłem drzwi.
Ojciec rozmawiał przez telefon. O ile ten okropny bełkot można nazwać rozmową. Nie chciałem słuchać, lecz zanim zdążyłem opuścić salon, usłyszałem, jak mówił komuś "to przez dawida straciłem syna i żonę". Tak, wiem. Czuję się winny, ale akurat on nie musiał tego mówić. I to jeszcze nie wiadomo komu. Nie wytrzymałem.
Ojciec stał tyłem, więc wyrwałem mu telefon, rzuciłem nim o ziemię, a kiedy odwrócił się twarzą w moją stronę, z całej siły złapałem jego rękę, którą zdążył już na mnie podnieść.
Nie tym razem powiedziałem do siebie w duchu. Ostatkiem sił pchnąłem ojca w stronę stojącej w rogu kanapy. Usiadł, a zanim zdążył połączyć wątki i zrozumieć co się stało, zdążyłem zatrzasnąć drzwi, w które niedawno z powrotem wstawiłem zamki. Minuta po minucie robiło się gorzej. 
Znowu uciekam. Znowu pomaga mi tylko jedno. Żyletka i fajki, to już mój niezmienny zestaw na kolację. Czasami zdarzała się jeszcze herbata. Zimna, ponieważ zawsze zapominałem, że ją zrobiłem. Z resztą, i tak nie miało to większego znaczenia.
Zrobiło się całkiem ciemno. Powoli zawlokłem się do łazienki. Postałem kilka minut nad umywalką, gładząc rany i czyszcząc je wodą. Później wszedłem pod prysznic. Stałem tak, wpatrzony w jeden punkt, aż woda stała się całkiem zimna. Tak szczerze powiedziawszy, to najgorszy aspekt cięcia się. Umyć to trzeba, ale jak, skoro rany się tak drażnią i pieką? Wstajesz rano z dłonią we krwi, ciężko się ruszyć, żeby nie poczuć swojej głupiej bezsilności. Masz dość, ale i tak nadal to robisz. Zdajesz sobie sprawę, jak bardzo jesteś uzależniony, jednak nie ma już odwrotu. Brniesz w to cholerstwo jeszcze głębiej z nadzieją, iż dotrzesz do końca. Końca, który będzie ukojeniem. 
Tak naprawdę nie wiesz, czego szukasz. Przecież nie chcesz odebrać sobie życia. 
A może jednak chcesz? oczywiście, że chcę! Niczego innego równie bardzo nie pragnę 
Wróciłem do siebie, wyciągnąłem z szafy butelkę wódki, zawiniętą w koszulę, żeby Domi jej nie znalazła. Z biórka zgarnąłem fajki i kilka żyletek. Wsadziłem do kieszeni garść tabletek nasennych i z tym wszystkim wyszedłem we wdychające nocne powietrze miasto. Zadzwoniłem jeszcze po drodze do mojej chorej przyjaciółki. Załamanym głosem powiedziałem, że bardzo ją kocham, po czym się rozłączyłem.
Idąc przed siebie, brałem po kolei po parę tabsów, popijając je wódką, która wtedy wyjątkowo wchodziła mi jak woda.
Szedłem tak, aż całkiem straciłem nad sobą kontrolę. Pamiętam jeszcze most, przez który jakimś cudem udało mi się przejść, a po drodze wyrzuciłem pustą butelkę za barierki. Mój stan znacznie się pogorszył. Tracąc przytomność, błagałem o śmierć 
________________________________________________________________________________

wtorek, 27 stycznia 2015

Liczę Na Ciebie, Że Zostaniesz Ze Mną

Ty masz szczęście, że nie mam broni, bo bym ci kur.a zapier.olił! Tak, tak, tak słyszałem to miliony razy. Nic szczególnego. W sumie byłoby nawet lepiej
Otwieram okno i patrzę nocą na Wrocław. Uśpiony i spokojny. Nikt spoza miasta, odwiedzający nas tu jedynie w dziennych godzinach, nie pomyślałby jak tu może być cicho podczas nocy. 
Sam się dziwię, że jest aż tak pięknie.
W świetle księżyca widziałem prawie wszystko. Rysowałem po własnym ciele, robiąc z rąk pamiętnik, którego litery rozumiałem tylko i wyłącznie ja. Nikt poza mną nie domyślał się, co może oznaczać każda z blizn. Lubiłem dotykać gojące się rany. Uwielbiałem to. Czułem się wtedy lepiej. Przez cały dzień emocje buzowały się we mnie, by wieczorem wybuchnąć. Wypłynąć wraz z krwią. 
Każdej kropli pozwalałem spłynąć w swoim tempie. Zawsze. Uważałem, że nie powinienem ich wycierać. To tak, jakby zatrzymać wodę płynącą do krajów ubogich, które potrzebują jej niczym zapalniczka ognia. Kropla krwi spłynęła - część złych emocji opuściło moje serducho. Tak, teraz jest zdecydowanie lepiej. Zmęczony smutkiem próbowałem zapomnieć o wszystkim i zacząć żyć normalnie. Udało się? nie 
Serce pękało w pół, a ja za nic nie mogłem tego pokonać. To jak amfa. Uzależniająca, ale dająca ukojenie. 
Dni były ciężkie. Zwłaszcza te po nieprzespanej nocy. Nie znosiłem głupich pytań o to, co się stało. 
Nikt nie miał zamiaru mieszać się w moje sprawy. Każdy zwyczajnie był ciekawy, a gdyby już się dowiedział, dałby mi spokój. Tak po prostu. Ludzie są zwyczajnie ciekawi.
Dominika też już zrezygnowała. Przynajmniej tak mi się wydawało, jednak zaskoczyła mnie razem z moją mamą. 
Nie chciałem niczyjego towarzystwa. Wracałem po szkole i zamykałem pokój na dwa zamki. Kochałem samotność, jednak nie mogłem być sam. Mama z Domi postanowiły usunąć całkiem moje drzwi, a ja nie miałem siły na szarpanie się z nimi, by wstawić je ponownie. 
Niech sobie siedzą myślałem. I tak nic nie robiłem całymi dniami.
Któregoś razu mama usiadła u mnie na łóżku. Nie mówiła nic, a ja nawet na nią nie patrzyłem. 
Stałem przy oknie przyglądając się zabieganemu światu. W końcu powiedziałem jej jedynie chyba umieram w sobie, a ona podeszła do mnie i mocno przytuliła. Staliśmy tak przez kilka minut, które wtedy wydawały się być wiecznością. Czułem się bezpiecznie. Pierwszy raz w życiu poznałem uczucie bycia kochanym. Po chwili rozluźniła uścisk i wyszła bez słowa, by wrócić, wziąć mnie za rękę i poprowadzić do stolika. Usiadłem na krześle, a ona wzięła moją lewą rękę i opatrzyła ją ze łzami w oczach. 
- Rozumiesz mnie, prawda? - spytałem, gdy skończyła. Nocami myślałem, że już gorzej czuć się nie mogę.. gdy zobaczyłem, że ona przeze mnie płakała, miałem wrażenie, że ktoś podnosi mnie delikatnie na kilka metrów, a gdy uzna, że wysokość jest wystarczająco dobra, puszcza z powrotem na dno ze zdwojoną siłą. 
Raniłem własną matkę swoim zachowaniem. Może i miałem powody, jednak nic mnie nie usprawiedliwia. NIC 
- Kocham cię, mamo - powiedziałem ledwo słyszalnym głosem, a ona ponownie przyciągnęła mnie do siebie. Powiedziała wtedy, że jestem jej jedynym szczęściem. 
To była nasza ostatnia rozmowa. Tego dnia postanowiłem definitywnie z tym skończyć. Chciałem wyjść z tego cholernego dołka dla niej, a zacząłem ciąć się jeszcze mocniej. Nie miałem już dla kogo żyć. 
Czekasz, aż ktoś przyjdzie i powie, że zostanie przy tobie, aż w końcu ta osoba się zjawia. Znasz to? Nie? Ja też. 
Tłum krzyczy, a ty milczysz. Patrzysz na wszystkich wokół i nie widzisz w nich ludzi, a jedynie istoty żyjące.
"Chcesz, to ci opowiem jak upada człowiek."
Zapytasz jak żyć i jak podnieść się z kolan?
Tak, wiem, że szukasz sposobu, lecz nie znajdziesz go we własnych ranach. Nie znajdziesz go w robieniu krzywdy sobie i bliskim ci osobom.
By z tego wyjść, musisz znaleźć coś, co uświadomi cię o własnej wartości, którą masz ogromną. Nie zamykaj się w sobie. Rozmawiaj z ludźmi. Słuchaj uważnie, lecz miej swoje zdanie w każdej sprawie. Nie daj sobie wmówić, że nie możesz czegoś osiągnąć. Rób wszystko, co uważasz za stosowne i nie dawaj sobą kierować.
A przede wszystkim ufaj własnym rodzicom. Nie masz na świece nikogo, kto by bardziej pragnął twojego szczęścia.
Może wydaje ci się teraz, że piszę głupoty.. co ja o tobie wiem bla bla.. mimo wszystko warto spróbować, prawda?
Nie jesteśmy tak bardzo samotni, jak nam się wydaje. Mam nadzieję, że nigdy nie poznacie, co to znaczy uzależnienie.
Jestem z każdym z was, pamiętajcie. Całym serduszkiem.
Przy okazji dziękuję za tak wielkie wsparcie, jakim jesteście
____________________________________________________________________________________
"Bo wtedy wiem, że Ty jesteś no i nie robię tego"

 

                                       

                                                                                                                                             











sobota, 17 stycznia 2015

Samotność Wśród Ludzi

"Miał plany [...] i ego tak wielkie, że przyznać się do porażki byłoby przekleństwem" 
No właśnie... więc nic nie mówiłem. To mnie niszczyło. Zabijały mnie uczucia, które wciąż dusiłem w sobie. Tłumiłem każdy krzyk, nie pozwalając nikomu poznać, że coś jest nie tak. 
"To jest walka" tłumaczyłem sobie, by za wszelką cenę poradzić sobie sam ze sobą. Nie potrzebowałem pomocy od nikogo. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.
po raz kolejny tak bardzo się myliłem
Potrzebowałem tej pomocy najbardziej. Teraz, w tej chwili. Teraz, gdy upadam i nie dam rady sam wstać. I don't want to play this game no more ale czy ktoś mnie o to pyta? - NIE 
Więc musiałem wstać i pokazać wszystkim, że to nie koniec. Starałem się, lecz myśl o świętach Bożego Narodzenia, całej rodzinie w jednym pokoju i o tej sztucznej atmosferze, jeszcze bardziej ciągnęła mnie na dno. Zbliżał się czas "radości" (czyt. sztucznego uśmiechu), czas wybaczania i bycia miłym dla wszystkich, bo przecież jest święto... 
Nienawidziłem tych dni chyba najbardziej ze wszyctkich w roku, no ale co zrobić. Jakoś trzeba było to przetrwać. Nie spodziewałem się tylko, że na długo zapamiętam tegoroczne Boże Narodzenie.
Siedzieliśmy przy stole, a rękawy mojej koszuli lekko się podwinęły. Nie zauważyłem tego, za to ojciec tak. Złapał mnie mocno za pocięty nadgarstek i pociągnął za sobą do kuchni, jak niewolnika wrzucanego do lochu. Bez litości. Miałem wtedy 16 lat, może trochę więcej. Nie miałem siły się sprzeciwiać, dlatego ojciec robił ze mną co tylko chciał. Dosłownie. 
Nasza kuchnia była tak zbudowana, że w salonie, gdzie znajdowała się właśnie reszta rodziny, było ją widać prawie w całości. 
"Tatuś" krzyczał na mnie najgłośniej, jak potrafił. Myślał, że to mu coś da... naiwny. 
Gdy zapytał dlaczego to robię, powiedziałem szczerze. Nie ukrywałem niczego.
- To wszystko twoja wina. Nienawidzę cię - darłem się jak psychopata. Chciałem wyjść. Musiałem. Już miałem zostawić go samego, gdy mocno złapał mnie od tyłu, po czym położył na podłodze i doprowadził do niemal krytycznego stanu.
Kiedyś, gdy zobaczyłem, że dusił Wojtka, a ja chciałem pomóc bratu, chwycił za szklankę, rozbił ją na blacie kuchennym, a następnie z siłą rzucił odłamkiem szkła w moją twarz. Przeżyłem to jakoś, okej. Jednak teraz już naprawdę przegiął. 
Po tym, co Wojtek przez niego zrobił. Po tym, jak mama załamała się z jego winy i po tym, w jakim stanie byłem ja sam, nie chciałem dać za wygraną. 
To niemożliwe, żeby jeden głupi człowiek kompletnie zniszczył tyle osób. Niemożliwe - mówiłem wieczorami sam do siebie. 
Teraz mijała druga godzina, jak leżałem nieprzytomny na podłodze w kuchni. To wszystko nie byłoby takie przykre, gdyby nie fakt, że ktoś z rodziny musiał widzieć, co się stało. A jeśli nie, to przynajmniej powinni się zorientować, że nie ma mnie już ponad dwie godziny. Tymczasem udało mi się przebudzić, zebrać z tej cholernej podłogi i natychmiast wyjść z domu. 
Nie zdążyłem się ubrać, więc byłem jedynie w koszuli. Trochę zimno, ale lepiej tu, niż w domu. Szedłem pustą ulicą. W końcu Wigilia, ale żeby zupełnie nie było widać żywej duszy? Może to i lepiej. 
Przed siebie - tylko tyle mogę powedzieć o moim celu. Zwyczajnie wyszedłem się przejść... na całą noc 
Wróciłem chwilę przed 5 rano, żeby wziąć kilka rzeczy z pokoju i zaraz znowu opuściłem ten chory dom. Wiedziałem, że nikogo nie obchodzi to, czy jestem, czy też nie. Wybrałem drugą opcję i nie było mnie przez całe 2 dni. Wracając po świętach, spotkałem tylko zapłakaną mamę, która siedziała przy stole, wpatrując się w okno. Gdy usłyszała otwierające się drzwi, spojrzała na mnie z lekkim uśmechem. W jej oczach widziałem ulgę, lecz nie chciałem rozmawiać nawet z nią. Nie była wtedy wyjątkiem! Również nie zauważyła mojej nieobecności. Może i to było egoistyczne, ale trudno. 
Nie jestem maszyną i uwaga... halo halo, mam uczucia, proszę państwa. 
Robiło się coraz gorzej. Przez to całe zajście tym bardziej nie skończyłem się ranić. Wręcz przeciwnie. Nie było dnia, żebym bez tego wytrzymał. To coś, jak lek. Uzależniający i okrutny, ale lek. Nienawidziłem ludzi jeszcze bardziej, o ile tak się wtedy dało. 
Nie chciałem żyć. Przez kilka lat zwyczajnie istniałem. Dla przyjaciół, dla mamy.. po prostu byłem, nie czując nic. Nauczyłem się olewać wszystko i wszystkich. Nie znosiłem rozmawiać z innymi. Często mówiłem sam do siebie. Izolowałem ze swojego życia dosłownie każdego. Nawet przyjaciół, których i tak już zostało dwoje. 
Wpadałem w sidła depresji, nie chcąc się z nich uwalniać. Nie walczyłem, a we mnie wygasł już nawet najmniejszy płomyk nadziei. Pragnąłem tylko jednego, a żyletki przestały mi pomagać. 
Byłem wykończony zarówno psychicznie, jak i fizycznie.
- To już koniec - o ile spałem, budziłem się i zasypiałem z tą myślą
to jeszcze nie koniec! - życie śmiało mi się prosto w wiecznie nieobecne oczy. 
Dominika siedziała ze mną tak długo, ile tylko mogła. Wracała po szkole prosto do mnie, u mnie się uczyła. Tylko po to, żeby mnie pilnować. W mojej głowie widniał już tylko jeden cel. 
BANG!




niedziela, 11 stycznia 2015

Strach To Tylko Myśl

Zbierałem się. Powoli, ale jakoś. Starałem się podnieść po tym wszystkim.
Winiłem siebie za śmierć Wojtka. Do dziś uważam, że to była moja wina. Nie potrafię sobie tego wybaczyć, ponieważ znam przyczyny jego przedwczesnej śmierci.
DLACZEGO?! - krzyczałem sam do siebie. Płakałem po nocach. Byłem gotowy odejść z tego świata.
Jedyną osobą, która mnie wtedy wspierała, była moja przyjaciółka Dominika. Od zawsze. Taki kochany aniołek. Została ze mną do dzisiaj i dziękuję jej za to przy każdej możliwej okazji.
Były wakacje. Nudziliśmy się, chodziliśmy na imprezy, z których najczęściej ledwo wracałem z powodu nietrzeźwości. Przyznaję się. Piłem. Pomagało mi to zapomnieć i czułem się po tym lepiej.
Nie podobało się to nikomu z mojego otoczenia, ale nie interesowało mnie to. Uważałem, że skoro nikt nie zwróci mi mojego brata, to ja też nie muszę robić tego, co oni by chcieli.
Kiedy wracałem do bycia "normalnym", wspierałem mamę, która równie mocno się załamała po stracie syna. Nie chciałem jej zostawiać samej. Wychodząc z domu, miałem tę cholerną świadomość, że źle robię. Często chciałem się wrócić i z nią posiedzieć, jednak nigdy tego nie zrobiłem.
Zostawała z tym idiotą. Sam nie potrafię sobie wytłumaczyć jak mogłem ją tak traktować. Przecież kochałem ją najmocniej. Nadal kocham i nigdy o niej nie zapomnę. Była najlepszą mamą na świecie. Mimo wszystko. 
Tak, więc teraz niech każdy z Was przemyśli sobie ile znaczą dla was wasi rodzice.
Nie myślmy kategoriami. Zastanówcie się ile oni dla nas robią. Jak bardzo się starają, żeby było nam w życiu dobrze. Może nie zawsze im wychodzi, jednak doceńmy chęci i starania. Z waszą pomocą będzie im łatwiej, a razem możecie dużo więcej osiągnąć. Wystarczy chcieć. 
A propos "wystarczy chcieć" opowiem wam pewną historię, która przydarzyła się naprawdę i pamiętam z niej każdą sekundę dokładnie tak samo, jak wtedy było. 
Otóż mieliśmy jakoś po 16-17 lat. Ja, Jarek i Domi 
Któregoś dnia przestała nam się podobać nasza dotychczasowa sala treningowa i postanowiliśmy znaleźć coś innego. 
Jarek zaproponował sprawdzenie jednego miejsca. Od początku nikomu nie spodobał się jego pomysł, ale rzecz jasna, durny Dawid się nie boi.. no i zgodziłem się iść tam z nim. Nie z zamiarem ćwiczenia, ponieważ jasne było, że to niemożliwe. Poszedłem tam po prost dla rozrywki i z ciekawości.
Miała to być piękna komnata starego pałacu. Jak wyglądała... do dziś tego nie wiemy.
Okazało się, że na parterze nie było nic, natomiast na pierwszym piętrze mieszkało kilka rodzin. Nasz cel znajdował się poziom wyżej. 
Nie dało się tam wejść schodami. Było tylne wejście, które wtedy zostało zakratowane i zamknięte na ciężką kłódkę, która na dodatek zardzewiała. 
Zupełnie nie mam pojęcia co mnie podkusiło, żeby tam pójść, a jeszcze bardziej zastanawia mnie, skąd Jarek wiedział o rzekomej sali. No nic. Stało się
Żeby dostać się na to drugie piętro, musieliśmy pomóc sobie kratami od okien. Wyglądały mniej więcej tak >>> 

No więc weszliśmy jakoś na górę. Udało się :)
Musieliśmy przecisnąć się przez kawałek wybitego okna, ponieważ inaczej się nie dało. 
Z lewej strony były schody. Zeszliśmy na dół z Jarkiem, żeby zobaczyć, czy w jakikolwiek sposób dałoby się otworzyć te kratę na dole.
Jednak nie. Wróciliśmy na górę do Dominiki 
Idąc w prawą stronę, przez zawalony sufit, zapewne dałoby się dojść do naszego celu, jednak gdy tylko Domi ruszyła w jego stronę, wyraźnie słyszeliśmy zbliżające się kroki. Były coraz głośniejsze.
Pociągnąłem przyjaciółkę w tył, aż zeszła z ruin. 
Tupanie ucichło. Lekko powiał ciepły wiatr i koniec. Spróbowaliśmy drugi raz. Teraz Jarek nie dał rady przejść. 
Cofnęliśmy się aż do połowy schodów w dół i przeczekaliśmy. Było już jasne, że musimy stamtąd wyjść. Nic tu po nas. Dominika, jak to dziewczyna, nie mogłaby sama zejść po kracie, tak samo, jak i nie mogła wejść. Postanowiliśmy, że pierwszy zejdzie Jarek, a ja przytrzymam moją wariatkę, żeby nie spadła. Szybko wróciliśmy do wybitego okna. Naszej jedynej drogi ucieczki. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że ze starej, drewnianej ramy okiennej niefortunnie wystawał gwóźdź, o który zaczepiła się koszulka Domi. Nie mogliśmy w żadną stronę tego ruszyć, a kroki było słychać coraz głośniej. Uwierzcie mi, że to najstraszniejsze przeżycie, jakiego doznałem. 
Kiedy w końcu Domcia się uwolniła, bez zastanowienia skoczyłem z kraty okna na pierwszym piętrze. O mało się nie zabiłem, ale trudno. 
Uciekliśmy w głąb jakiegoś parku. Wokół było bardzo mokro. Z 30 cm wody, a my głupi zamiast uciekać drogą, którą weszliśmy, spieprzyliśmy w całkiem inną stronę. Nie dało się już wyjść. Musieliśmy przejść drogą obok pałacu i tamtędy opuścić to okropne miejsce. 
No to w drogę - rzuciłem, a owa droga biegła mniej więcej tak: 


Wtedy to nie było nic strasznego, natomiast patrząc z perspektywy czasu, jestem przerażony całym zdarzeniem.

JAK MIELIŚMY PRZEJŚĆ OD LEWEJ STRONY TAKIEGO PAŁACU? 
no właśnie... 
W połowie drogi "coś" zaczęło walić w taki jakby gong. Im my byliśmy bliżej, tym to bicie stawało się głośniejsze. 
Biegliśmy ile sił, aż wyszliśmy schodami do "normalnego świata"
jak się później okazało, niezbyt był normalny. Jak już wspominałem, od przodu było normalne wejście do środka, dla ludzi, którzy tam mieszkali.
Z tego, co się później dowiedzieliśmy, żadna z rodzin nie miała wtedy dzieci. 
Gdy usiedliśmy na ławce przy wejściu, specyficznie słychać było rozpaczliwy płacz dziecka, któremu zabiera się zabawkę. 

__________________________________________________
No to kochani, dzisiaj pozytywnie, żebyście mi tam nie smutali :)
Kocham! ♥ 

środa, 31 grudnia 2014

Każda Minuta Może Być Ostatnią

Co ja tutaj robię - przeklinałem w duchu swoją głupotę. 
Stałem właśnie w progu ogromnej sali, wyłożonej na ścianach lustrami, od których odbijały się głośne dźwięki typowego, amerykańskiego rapu. Byłem przerażony, ale i jednocześnie zdumiony tym, co widziałem. Mając te 12-13 lat, ciężko jest wybrać, co chce się robić w życiu. Ja również nie byłem pewny, czy przychodząc tutaj, dobrze robię. No nic. Nie wypadało się już wycofać. 
Właściwie udało mi się wytłumaczyć samemu sobie, że chyba już gorzej być nie może, więc co mi szkodzi. Najwyżej wyjdę. 
Kolejny raz tak bardzo się myliłem
Poszedłem do krzeseł poskładanych jedno na drugim aż pod sam sufit, rzuciłem pod nie torbę z dresem i wodą, po czym udałem się w stronę grupy. Postanowiłem całkowicie oddać się w ich ręce. 
Skoro są tak dobrzy w tym, co robią, to niech mnie prowadzą - pomyślałem
Powtarzałem po nich pojedyncze kroki razem z kilkunastoma innymi osobami mniej więcej w moim wieku. Nasi nowi trenerzy byli zbyt surowi. Pamiętam, jak jedna dziewczynka się przewróciła, a jeden z trenerów nazwał ją ofiarą i kazał wyjść. Przestraszyliśmy się. Później już było tylko gorzej. Oni wyżywali się na wszystkich po kolei, ale żadne z nas nie dało się złamać. 
Po godzinie mogliśmy iść do domu. Wyszliśmy z sali razem. Były wśród nas dwie dziewczyny, a było nas tam 12, o ile dobrze pamiętam.
Poznaliśmy się na szybko, zanim zdążyliśmy się rozejść. Był też jeden chłopak, który szedł w moją stronę. Rozmawialiśmy w drodze o skończonym pierwszym treningu. Mówił, że wolałby mieć kilku kumpli i uczyć się sam, niż pod okiem takich tyranów. Zgodziłem się z nim, jednak nie mieliśmy wtedy wystarczającego warsztatu, by zacząć kombinować coś na własną rękę. 
W ciągu tygodnia zgadaliśmy się z całą naszą grupą, że kiedyś założymy formację. Wszystkich nas bardzo kręcił ten pomysł. Ja osobiście cieszyłem się, że znalazłem coś, dzięki czemu udaje mi się zapomnieć o czekającym w domu, pijanym ojcu. 
Przez to, że nie było mnie popołudniami w domu, on wyżywał się na moim bracie.
Wojtek był starszy o rok. Zaproponowałem mu, żeby poszedł ze mną na trening. Bardzo szybko się zgodził, a później już prawie nie było żadnego z nas w domu. 
Ojciec wściekał się do białej gorączki. Od tej chwili sam musiał wstawać sobie po piwo czy jedzenie. 
Wracaliśmy do domu zwykle koło 19:00-20:00. On zazwyczaj jeszcze na nas czekał, by wyładować całą energię na mnie, bądź na Wojtku. 
Na próbach nikt nie pytał skąd praktycznie codziennie przybywa nam nowych siniaków. Tłumaczyliśmy, że to przez ćwiczenia. No trudno... 
W 2009 roku uznaliśmy, że jesteśmy gotowi spróbować swoich sił w jakimś amatorskim konkursie. Tak też się stało. 
Wielka scena, światła, publiczność.. cudowne uczucie. Najlepsze na świecie. Wtedy już wiedziałem, że to moja droga. Wiedziałem, że nie chce stamtąd schodzić. Czułem się tam swobodnie. Lepiej, niż gdziekolwiek. Chciałem trenować, stawać się coraz lepszym i słyszałem słowa uznania od różnych, często przypadkowych ludzi. Zacząłem zatracać się w swojej pasji. Tak bardzo, że nie zauważyłem ile w tym czasie tracę. Odchodzili przyjaciele, groziło mi niezaliczenie klasy, a w domu było coraz gorzej. Ten okropny typ sterował moim bratem. Każdego dnia robił mu krzywdę. 
nie widziałem tego 
Czasami sobie myślę, że gdyby nie ten cholerny taniec, zdążyłbym mu pomóc. Zdążyłbym zauważyć, że cała ta chora sytuacja zaczyna przerastać nie tylko brata, ale i mamę, która płakała po nocach. Nie sypiała już razem z... nim. Bała się jego tak, że nie wiedziała jak pomóc własnemu synowi. Aż któregoś dnia... 
poddał się 
zwyczajnie zostawił mnie i mamę w kompletnej rozsypce 
Miałem dość. Nienawidziłem siebie i nienawidzę do teraz. Wiem, że to była moja wina. Gdybym wracał normalnie do domu, razem byśmy sobie jakoś poradzili. A tak, on zostawał z tym wszystkim sam. To jedna z rzeczy, których nigdy sobie nie wybaczę. 
Nikt nie wierzył w to, co zrobił. Nikt

Trzeba było się jakoś pozbierać, zaliczyć szkołę i odzyskać przyjaciół. Starałem się. Pomagałem też mamie najbardziej, jak tylko mogłem. Jednak on... on się nie zmienił. Zupełnie nie ruszyło go odejście jego własnego syna. Z resztą nigdy nie uznawał ani jego, ani mnie. Sam nie wiem, czy było coś gorszego, niż nasza nienawiść do siebie nawzajem.
Powoli godziłem się ze śmiercią brata, jednocześnie myśląc o wybraniu tej samej drogi. 



___________________________________________________
Korzystając z okazji, chciałbym Wam życzyć wystrzałowego Sylwestra oraz jak najlepszego, 2015 roku. 
Niech Wam się wszystko w życiu udaje, ale pamiętajcie, że nic się nie zrobi samo, więc życzę Wam również dużo siły i motywacji do walki o swoją przyszłość 


piątek, 26 grudnia 2014

Pierwszy Niemy Krzyk

Niech ten dzień się już skończy - pomyślałem, wracając z trzydniowej, szkolnej wycieczki.
Byłem wykończony. Koledzy z pokoju nie dali mi spać tej nocy.
W domu się wyśpisz - krzyczeli ile sił, rzucając w siebie wszystkim, co znalazło się z zasięgu ich ręki. Niestety nie zdawali sobie sprawy, że w domu raczej też nie odeśpię.
Dojechaliśmy do Wrocławia. Moja wychowawczyni chyba 5 raz w tym dniu zapytała, czy rodzice na nas czekają. Wszyscy przytaknęli, więc sobie poszła. 
Cała moja klasa (5 podstawówki) znów zaczęła krzyczeć i śmiać się dosłownie ze wszystkiego. 
Ponieważ był to wyjazd zorganizowany z okazji mikołajków, świąt oraz po części również ferii, odbył się w styczniu.
Gdy wysiedliśmy, było już ciemno i bardzo zimno. Chciałem jak najszybciej znaleźć się w domu. Nie zwracałem uwagi na kolegów z klasy, za którymi i tak nie przepadałem. Od razu udałem się w stronę ukochanej mamy. Tylko ona była dla mnie wsparciem, gdy ojciec nie miał się na kim wyżywać. Broniła mnie często przed pijanym tyranem.
Teraz prowadziła mnie do "domu". Wyrywałem się. Nie chciałem, żeby trzymała mnie za rękę. Przecież byłem już duży. W końcu zauważyłem, że przed budynkiem szkolnej sali coś zaczyna się dziać. Wyglądało to na bójkę dwóch dość mocno napakowanych mężczyzn. Krzyczeli coś do siebie, wymachiwali rękami we wszystkie możliwe strony, aż jeden z nich popchnął drugiego. Zaczęli schodzić się ludzie i tworzyć wokół nich krąg.
Też chcę zobaczyć, mamo! - krzyczałem, mimo bólu głowy i totalnego zmęczenia. Nie dostałem pozwolenia. Matka mocno trzymała moją rękę i ciągnęła przed siebie. Udało mi się wyrwać i uciec. 
Przecisnąłem się przez tłum ludzi do samego środka. To była bitwa. Z prawej strony stał duży mężczyzna około 25 lat. Miał na sobie bluzę z zaciągniętym na głowę kapturem, spod którego widać było czapkę (probably full cap'a)  niskie w kroku spodnie dresowe i zawinięty na ręce czarny pasek od spodni. 
Drugi z nich wyglądał bardzo podobnie. Jego strój różnił się jedynie kolorami.
Oboje byli wkurzeni. Dało się to zauważyć na pierwszy rzut oka. Obserwowałem, jak kręcą się niespokojnie, stojąc wciąż na swoich miejscach. Żaden z nich nie odważył się podejść ani na krok. Czekali na coś.. lub kogoś. W kilka sekund zeszły się dwie, liczące mniej więcej po 10 osób grupy. Stanęły na przeciwko siebie i zaczęły tańczyć. 
Byłem zszokowany tym, co się właśnie działo. Czułem się jak w filmie, ponieważ takie sceny widziałem jedynie w telewizji. Nie wierzyłem, że to wszystko dzieje się na prawdę. Nagle ktoś złapał mnie za rękę i wyciągnął w tłumu. To była mama. Jej zezłoszczone oczy patrzyły prosto na mnie. Wiedziałem, że to koniec imprezy. Czas do domu i to jak najszybciej. Przez całą drogę nie usłyszałem od niej ani słowa.
• • •
Wchodząc w klatkę schodową modliłem się, żeby ojciec już spał. Miałem dość na dzisiaj. Nie chciałem, żeby po raz kolejny mi coś zrobił. Gdyby jeszcze dzisiaj coś się wydarzyło, nie wiem jak bym to zniósł. Mój wykończony organizm odmawiał posłuszeństwa, a nogi całą drogę ledwo utrzymywały ciężar zmęczonego ciała.
Wystarczyłby jeden jego ruch, by położyć mnie na podłodze - pomyślałem widząc, że na nic nie zdały się moje modlitwy. Ojciec nie spał. Siedział w kuchni przy stole.
- Czekałem na was - skomentował nasz powrót, po czym natychmiast nakazał mi usiąść obok siebie. 
Wykonałem polecenie. Zdążyłem jedynie zdjąć kurtkę, jednak powiesiłem ją na krzesło, ponieważ nie chciałem, żeby na mnie czekał i się zdenerwował.
- Słyszałem, że masz problemy w szkole - zaczął. Zdziwiłem się tak nagłą zmianą nastawienia do mojej osoby. Zawsze słyszałem tylko "zamknij ryj", "wyjdź stąd", "mam przez ciebie same problemy", "po co się nad sobą użalasz?! I tak nikogo to nie interesuje" i wiele innych, dość przykrych słów. Nauczyłem się nie brać sobie do serca takiego gadania. Nigdy nikomu tego nie mówiłem. Jedynie Dominika się domyślała, z tego co zauważyłem.. Mimo wszystko, nie zapytała, więc ja też milczałem.
Jego słowa zawsze mocno dotykały, ale nie na tyle, żeby były w stanie załamać mnie na samym starcie życia. Czułem się silny. "On jest stary i niedługo przejdzie mu ochota na poniżanie wszystkich wokół" - tłumaczyłem sobie. Nie byłem wtedy świadomy, jak bardzo się mylę. 
Przyznałem, że trochę pogubiłem się w materiale. Przestałem uważać na lekcjach. Kompletnie traciłem poczucie czasu oraz miejsca. Potrafiłem beznamiętnie patrzeć w okno przez całe lekcje, a w drodze do domu Domi była na mnie o to zła i czasami wybuchała. Nawet tego nie słuchałem. Może i chciałem, ale mimowolnie się wyłączałem z całego życia. Sam nie wiem gdzie wtedy błądziłem myślami. Nie potrafię tego opisać. 
- Więc dlaczego się nie uczysz, idioto?! - ojciec zaczął krzyczeć. Uderzył pięścią w stół, a ja już wiedziałem co stanie się za chwilę. Byłem tego niemal pewny. 
Pomyliłem się. 
Ojciec z powrotem usiadł na swoim miejscu. Znów mówił cichym i opanowanym tonem. 
- Powiem ci coś teraz i zapamiętaj to sobie, młody - spojrzałem na niego zmęczonymi oczami. Po raz kolejny odpłynąłem do swojego świata. Przestałem go słuchać. Myślałem już tylko o łóżku. O chwili spokoju.
Mama usiadła obok mnie i dopiero wtedy wróciłem do obecnego czasu. Ojciec dalej ciągnął swój wykład
- ... pamiętasz? Ty też kiedyś miałeś brata bliźniaka - pierwszy raz popatrzyłem na niego wzrokiem pełnym zainteresowania. Nie wierzyłem - któregoś dnia matka wyprowadzała was na spacer. Siedzieliście w wózku, a ona wróciła na chwilę do domu - ciągnął dalej z lekkim uśmiechem. Obrzydliwym i pełnym nienawiści, ale mniejsza.. nieistotne - widziałem z okna, jak przychodzi kot, pożera twojego brata i ucieka. Najwyraźniej tobą się brzydził i nie dziwię się - zaśmiał się szyderczo. Spuściłem głowę, żeby nie widział, jak w moich oczach zbierały się łzy. Chciałem uciec jak najdalej od niego, jednak za bardzo się bałem
- Idź już spać, Dawid - mama chyba postanowiła mi pomóc. Odezwała się pierwszy raz odkąd wróciłem, ale byłem jej bardzo wdzięczny, że zrobiła to właśnie teraz.
Odwiesiłem kurtkę i poszedłem do pokoju
Miałem dość wszystkiego. 
Wcześniej wmawiałem sobie, że mimo wszystko go kocham.. że powinienem. Dziś zdałem sobie sprawę, że niektórzy mają serce tylko po to, by móc oddychać.
Tego wieczoru miałem pierwszą myśl samobójczą 
____________________________________________________
Najmocniej przepraszam, że dopiero teraz. Kompletnie straciłem wenę. 
Może rozdział nie jest jakoś specjalnie długi ani urzekający, ale wiem, że czekacie, więc dodaję. 
Następny będzie lepszy, obiecuję :)